Menu Zamknij

Marzę, żebyśmy za dziesięć lat robili to samo i jeszcze trochę… – wywiad z Jowitą Pietrak – menedżerem Pierogarni „U Aniołów” Caritas Diecezji Warszawsko-Praskiej

Jowita Pietrak
Jowita Pietrak – menedżer Pierogarni „U Aniołów” Caritas Diecezji Warszawsko-Praskiej

– Pierogarnia „U Aniołów” to marka lokali gastronomicznych, które działają na warszawskim rynku już 10 lat. To szmat czasu… Pamięta Pani jakie były początki? Kto był pomysłodawcą stworzenia tych miejsc, bo przecież Pierogarnie to nie tylko lokale gastronomiczne, czyż nie tak?

– Na pomysł założenia „Pierogarni” wpadł dyrektor Caritas Diecezji Warszawsko-Praskiej ks. Krzysztof Ukleja. Chciał stworzyć w ten sposób na Pradze miejsce, które łączy ludzi, w którym  można nie tylko tanio i smacznie zjeść, ale również zorganizować spotkanie czy ciekawie spędzić czas. Miejsce, które będzie odpowiednie, zarówno dla ludzi z mniej zasobną kieszenią, jak i tych lepiej sytuowanych. Kluczem miała być smaczna i zdrowa polska kuchnia, serwująca domowe posiłki. Pracowałam już wtedy od kilku lat w biurze Caritasu i to we mnie ksiądz Krzysztof zauważył jakiś potencjał, powierzając mi poprowadzenie tego projektu. Wyzwanie było ogromne. Zwłaszcza od strony logistyki i zarządzania. Trzeba było przystosować lokal do prowadzenia działalności gastronomicznej, pomalować ściany, zaprojektować i wyposażyć wnętrze, wymyślić menu. Pracy było naprawdę sporo. To był bardzo intensywny, ale jednocześnie fascynujący okres mojego życia, wymagający ode mnie połączenia ośmiogodzinnej pracy w biurze, z pracą – po godzinach – w nowo powstającej Pierogarni. Kończyłam swój roboczy dzień o 23., 24., a rano znów zaczynałam pracę od ósmej w biurze. Kiedy już jednak wystartowaliśmy, byłam bardzo szczęśliwa, że wspólnymi siłami udało nam się stworzyć coś naprawdę wartościowego.

– No właśnie… Proszę powiedzieć, co udało się Wam osiągnąć przez te kilkanaście lat? Z czego jesteście najbardziej dumni?

Projektów, które zrealizowaliśmy przez ten czas było naprawdę wiele… A każdy z nich miał swój konkretny cel. Myślę, że dzięki nim, udało się zrobić wiele dobrego. Ale najważniejszy efekt jest taki, że stworzyliśmy nowe miejsca pracy dla osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. Dzięki pracy w naszym przedsiębiorstwie, kilkanaście osób odnalazło sens swojego istnienia, nauczyło się odpowiedzialności i poukładało sobie życie. Stworzyło najlepszy, sprawnie funkcjonujący team, który doskonale się rozumie, chce i lubi ze sobą pracować. To ogromna wartość, którą widzą i doceniają nasi klienci oraz partnerzy. Za jakość naszej działalności otrzymujemy różne nagrody. Ale największe zadowolenie, to codziennie opinie zamieszczane przez naszych klientów na naszym profilu społecznościowym i te, które słyszymy w lokalach. To one – tak naprawdę – motywują i nakręcają naszą energię do dalszego wysiłku.

– Zawsze chciałem Panią zapytać, skąd wzięły się w nazwie Państwa lokali „anioły” i co one wyobrażają? Muszę przyznać, że to dość oryginalna nazwa…

– Nazwę lokali wymyśliła nasza projektantka, niezwykle uzdolniona plastycznie Agata Eldring, która pracowała nad projektem wystroju naszych lokali. Chodziło o to, by kojarzyła się z czymś pozytywnym, miłym i opiekuńczym. Nazwa okazała się trafiona i przyjęła się od razu. W pierwszej kolejności pojawiła się na naszych szyldach, później już w postaci malowideł i figurek na ścianach, wewnątrz pomieszczeń restauracyjnych. Doskonale do nas pasuje! Do pracujących tu dziewczyn, ich usposobienia i temperamentu. Do naszego „anielskiego” personeluJ

– Dlaczego klienci lubią Waszą kuchnię? Co jest w niej takiego wyjątkowego, że przyciąga tak liczne grono konsumentów?

– Siłą naszego menu jest jego… prostota. Nie silimy się na wymyślanie jakichś wyjątkowych przepisów czy naśladowanie zagranicznych potraw, chociaż nie mogę powiedzieć, by szukanie inspiracji w tradycjach kulinarnych innych krajów było czymś złym. To jednak naszą, polską, tradycyjną kuchnię, klienci lubią najbardziej. Szczególnie, że np. pierogi, w których się specjalizujemy i które można wypełnić różnymi rodzajami farszu, można przygotowywać na  niezliczoną ilość sposobów. Ograniczeniem jest tylko nasza wyobraźnia. Polska kuchnia jest bogata, urozmaicona, pożywna i smaczna. Cieszymy się nią my i nasi konsumenci. W naszych pierogarniach obowiązują polskie smaki i klimaty, które każdy mieszkaniec Warszawy zna od pokoleń.

– A skąd bierzecie przepisy na serwowane dania? Co tak naprawdę jest receptą Waszego rynkowego powodzenia? Bo, że odnieśliście sukces, to chyba trudno zaprzeczyć?

– Przez skromność – nie zaprzeczę J. To prawda. Udało się nam odnieść sukces i jest to o tyle cenne, że stało się w momencie szczególnym dla branży gastronomicznej, bo w okresie pandemii, kiedy większość lokali gastronomicznych przeżywała kolosalne problemy z utrzymaniem się na rynku. Nam nie tylko udało się przetrwać, ale i wykonać znaczący krok naprzód. Rozwinęliśmy naszą działalność, uruchomiliśmy naleśnikarnię i catering, w którym serwujemy polską kuchnię pudełkową. A jeśli chodzi o przepisy, to o jakości naszych potraw decyduje to coś, co indywidualnie wnosi każda z nas. To tajemnica każdej pani domu i każdej gospodyni, która przygotowuje potrawę. Dlatego w naszych daniach jest odrobina tradycji, ale  i nowoczesności.

– Doceniają Was klienci, dostrzega to – co robicie na rzecz ekonomii społecznej Samorząd Województwa Mazowieckiego… W tym roku po raz kolejny zostaliście wyróżnieni Mazowiecką Marką Ekonomii Społecznej. Czym jest dla Waszego przedsiębiorstwa to wyróżnienie i czy w jakiś znaczący sposób wzmacnia ono jego wizerunek?

– Nagrody jakie dostajemy, a w szczególności wyróżnienie Mazowiecką Marką Ekonomii Społecznej jest dla nas niezwykle ważne. Przede wszystkim dlatego, że podkreśla najważniejszy aspekt naszej pracy czyli to, co robimy na rzecz drugiego człowieka. To nie jest nagroda za osiągnięty wynik finansowy, za to – że potrafimy zarabiać pieniądze. To jest wyróżnienie za to, że to co robimy, robimy z pasją, z przekonaniem i z określoną misją. Powiedziałabym, że jest to taka nagroda dla „duszy”. Branża gastronomiczna, w której działamy jest branżą trudną. Nie tylko w sensie fizycznym, bo praca w kuchni jest ciężka, ale i dlatego, że jest prowadzona w warunkach dużej konkurencyjności. To, że ktoś zauważa sens naszej pracy i  serce, które w nią wkładamy, jak również starania, by inni ludzie mogli mieć odrobinę lżej w życiu, bardzo nam pomaga. Naładowuje nasze „akumulatory” pozytywną energią i dopinguje do dalszego działania. Jest takie powiedzenie, że gastronomia nie odpłaca pieniędzmi, ale.. satysfakcją. Jedno słowo „dziękuję”, a co za tym idzie – jeden nakarmiony, ubogi człowiek,  to dla nas najważniejsza nagroda.

– Oprócz normalnej działalności gastronomicznej, bierzecie również udział w wielu kampaniach społecznych. Od niespełna dwóch lat, z powodzeniem prowadzicie m.in. akcję „Kup obiad jeśli możesz, weź obiad – jeśli potrzebujesz”. Na czym ona polega i do kogo jest skierowana?

– To jedna z wielu akcji społecznych, dzięki którym spełniamy się jako zespół. Polega ona tym, że ktoś, kto płaci za obiad w jednej z naszych restauracji, może go także wykupić dla osoby potrzebującej. Z opłaconego posiłku może skorzystać ktoś, kogo na niego nie stać. To tzw.  „zawieszony” obiad. Adresatów takiej formy pomocy jest wielu. Osoby starsze, studenci, dzieci. Prowadzimy tę akcję już trzeci rok. Wydaliśmy w tym czasie około 1,5 tysiąca obiadów. To doskonale obrazuje jak wielka jest skala potrzeb i jak duża granica ubóstwa. Najbardziej wzruszają nas momenty, kiedy z tej formy posiłku korzystają dzieci. Kiedyś przyszła do nas młoda dziewczyna, bo dowiedziała się o naszej akcji z telewizji i spytała czy może skorzystać z darmowego obiadu, Oczywiście nakarmiliśmy ją. Następnego dnia pojawiła się jeszcze raz, ze łzami w oczach podziękowała i wykupiła obiady dla kolejnych, dwóch osób. Okazało się, że studiuje, a wczoraj była przed wypłatą i musiała jeszcze zapłacić za mieszkanie i po prostu zabrakło jej pieniędzy na gorący posiłek. Kiedy dostała wypłatę, specjalnie przyszła wykupić u nas zawieszone obiady, by się  w ten sposób zrewanżować. Ta akcja pokazuje jak można mnożyć dobro. Wystarczy jeden mały gest i jedna wyciągnięta dłoń, by pociągnąć za sobą kolejne dobre uczynki, która potrafią zmienić drugiego człowieka na lepsze.

– Dlaczego Pani osobiście zajęła się ekonomią społeczną? Czym jest ona dla Pani i co – tak naprawdę – jest w niej najważniejsze? Czy ma Pani poczucie, że to czym się zajmuje, jest w pewnym sensie rodzajem „misji społecznej”?

– No cóż… Prawdę powiedziawszy miałam zajmować się w życiu zupełnie czymś innym. Z wykształcenia jestem magistrem pedagogiki specjalnej zakochanym w języku angielskim. Specjalizowałam się nauczaniu dzieci niesłyszących i ich motywacji do nauki języków obcych. Obroniłam pracę magisterską z pedagogiki specjalnej, na kanwie której powstało wiele artykułów naukowych. Osiemnaście lat temu rozpoczęłam pracę w Caritas i od tamtej pory pomagam ludziom. Nie powiem, żeby moja praca była usłana różami i czasem po nocach śnią mi się cyferki, gdy podświadomie martwię się, czy wystarczy nam na zapłacenie rachunków, na zapłacenie pensji ludziom. Ale właśnie to, że jestem za nich odpowiedzialna, daje mi siłę do dalszych działań. Bardzo się cieszę, że mogę pracować z moim zespołem. Jest moją podporą i motywacją. Każdy człowiek musi znaleźć w życiu swoją przestrzeń. Moja, rozpościera się gdzieś pomiędzy obszarem marketingu, promocją i reklamą, a zarządzaniem. Kiedy ukończyłam studium „organizację pomocy społecznej” praca z ludźmi pochłonęła mnie całkowicie, a połączenie zamiłowania do pedagogiki specjalnej z pomocą społeczną spowodowało, że nie wyobrażałam sobie już innej pracy, jak tylko w ekonomii społecznej. To taka „mieszanka wybuchowa”, która – po prostu – musi działać! Są dni, gdy kładę się do snu zmęczona do granic możliwości, budzę się rano i dostaję wiadomość na Facebook-u, że „tak pysznych gołąbków jak wczoraj, ktoś jeszcze nigdy nie jadł” i znów mogę „przenosić góry”!

– Zarządzanie lokalami gastronomicznymi przy Pl. Szembeka 6 i na ul. 11 Listopada 36/38 , naleśnikarnią „Przechodem” oraz systemem cateringu Polskiej Kuchni Pudełkowej Mimochodem – to nie tylko duże wyzwanie dla menedżera, ale przede wszystkim – mnóstwo pracy. Jak daje sobie Pani z tym radę? Czy ma Pani jeszcze czas na życie prywatne?

– Zarządzanie kilkoma „biznesami” jednocześnie jest rzeczywiście dużym wyzwaniem, ale muszę to jakoś godzić z codziennym życiem. Jestem przecież jeszcze żoną wspaniałego człowieka, który od dwóch lat pracuje ze mną, mamą dwóch cudownych synków, dziewięcio- i ośmioletniego, dla których muszę znaleźć czas… Wyobrażam sobie oczywiście, że mogłabym robić coś innego, ale na tę chwilę moje życie, to moja praca w Pierogarni i rodzina. Kiedy potrzebuję czasu dla siebie, kiedy czuję, że muszę się trochę wyciszyć, po prostu wstaję wcześniej rano… Wtedy mam czas pomyśleć, pomedytować czy poczytać książkę.

– A jaka Jowita Pietrak jest poza pracą? Jak lubi spędzać czas?

– Jaka jestem? Szalona…J Uwielbiam rajdy samochodowe i myślę, że jeszcze kiedyś w życiu wezmę udział w jakimś szalonym wyścigu. Dzisiaj hamuje mnie przed tym odpowiedzialność za moje dzieci. Wiem, jak wyglądają takie zawody od środka i mam świadomość, jak bardzo są niebezpieczne, więc jeszcze na pewno nie teraz. Ale kiedyś może spróbuję. Dlaczego nie? Poza tym uwielbiam gotować w domu i… sprzątać. Ktoś, kto obcuje ze mną na co dzień, zna moje zamiłowanie do porządku, czy wręcz pedanterii. Uwielbiam poza tym teatr i musicale i nie wyobrażam sobie miesiąca bez kontaktu ze sztuką.

– I na koniec… Puśćmy wodze fantazji. O czym Pani marzy? W jakim charakterze i w jakim miejscu, widzi się Pani za kolejne dziesięć lat?

– To bardzo trudne pytanie… Kiedyś usłyszałam takie zdanie: „Nie ważne co robisz, nie ważne gdzie jesteś, za rok i tak będziesz w zupełnie innym miejscu”. U mnie sprawdza się to w praktyce, bo jestem – co prawda – ciągle w tym samym miejscu, ale co roku zajmuję się zupełnie czymś innym. W przyszłości życzyłabym sobie, trochę mniej zmartwień finansowych, bo okres pandemii spowodował, że musimy borykać się z wieloma problemami. I marzę, żebyśmy za dziesięć lat robili to samo i jeszcze trochę… Dla innych ludzi, dla dzielnicy i dla tych, którzy potrzebują naszej pomocy.

– Dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał: Andrzej Idziak


Artykuł promujący podmiot ekonomii społecznej napisany został w ramach projektu pn.„Koordynacja ekonomii społecznej na Mazowszu” współfinansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego, Regionalny Program Operacyjny Województwa Mazowieckiego na lata 2014-2020, Oś Priorytetowa IX Wspieranie włączenia społecznego i walka z ubóstwem, Działanie 9.3 „Rozwój ekonomii społecznej”.

Logotypy projektów unijnych
Opublikowano wLudzie ekonomii społecznej

Powiązane